“Gdy w latach dwudziestych po raz pierwszy pojechałam do Paryża (…) z prawdziwym entuzjazmem przyjęłam propozycję mojej bratowej, rzeźbiarki, by odwiedzić znakomitą malarkę, niezwykle wówczas modną, Olgę Boznańską.
Zdumiona byłam, że mieszka właściwie na strychu, obszarnym zresztą, który służył jej zarazem za pracownię. Wyglądała zgoła niesamowicie. Ubrana w jakąś suknie sprzed pięćdziesięciu lat, jeden rękaw miała z innego materiału i w innym kolorze. Uczesana w kok na czubku głowy, wyglądała na staruszkę (…)
— Wybieram się do Warszawy, ale mam kłopot, nie mogę zostawić psa, jak pani widzi, to ostrowłosy foksterier, to mój przyjaciel. Kupić dla niego bilet to za duży koszt. Może mogłabym go przemycić pod peleryną.
(…) Staroświecka kanapa i fotele były obite podartym jedwabiem, na stole leżał brudny obrus, po którym (…) spacerowały… myszy (…) Na jednym z foteli siedział wypchany pies, też foksterier, którego pani Boznańska od czasu do czasu głaskała po głowie.
Zaczęli przychodzić jej uczniowie. Jakaś młoda dziewczyna przydźwigała blaszankę z naftą (na strychu nie było elektryczności). Ktoś inny przyniósł koszyk z żywnością.
— Nie wychodzę prawie z domu. Za wysoko dla mnie po tych schodach. Dom stary, windy nie ma. Moi przyjaciele, a właściwie uczniowie, zajmują się aprowidowaniem mnie. Niektórzy nawet gotują. A ja ich darmo uczę (…)
Biegające po podłodze, po meblach myszy, które Boznańska brała do ręki i coś do nich przemawiała, zniechęciły mnie do przedłużania wizyty. Pożegnałam wielką artystkę nie radząc jej przemycać psa bez biletu pod peleryną.”
Nadzieja Drucka, Trzy czwarte wspomnienia







